Archiwum

Statystka

Informacje

Z radością informuję, że po dosyć długiej przerwie wypełnionej męczącymi kolokwiami i egzaminami pojawił się na blogu ROZDZIAŁ TRZECI - serdecznie zapraszam do czytania :)

TRUDNE KOŃCE I TRUDNIEJSZE POCZĄTKI

Syriusz

  Nie dość, że się dzisiaj w nocy nie wyspałem, to nie mogłem w spokoju zjeść śniadania. Od niechcianej wizyty w przedziale pociągu nie zaprzątałem sobie myśli Amandą, ale teraz jedyne nad czym się zastanawiałem, to w jaki sposób pozbyć się jej, aby jednocześnie nie uszkodzić przy tym Gryfonów, którzy w przeciwieństwie do mnie mogli nacieszyć się jedzeniem.
  Oczywiście James nie był skory do pomocy, bo po co ratować przyjaciela? Najpierw kazał mi wstać o nieludzkiej porze, bo piąta nad ranem niewątpliwie takową była, aby w środku nocy pójść na boisko i poćwiczyć kilka nowych manewrów zanim ostatecznie zaprezentujemy je drużynie. Zziębnięty i wyczerpany oczekiwałem ze zniecierpliwieniem tego momentu, kiedy usiądę, a w moich ustach znajdą się cudownie ciepłe tosty i jajecznica, które zawsze smakowały o niebo lepiej niż wyglądały, a ich prezencji nigdy nie można było niczego zarzucić.
- Czy łaskawie mogłabyś się do mnie tak nie kleić? - Powiedziałem przez zęby wpatrując się we wciąż pełny talerz. - Mam twoje włosy w jedzeniu. - Blondynka spojrzała na mnie jak gdyby nic się nie stało.
- Ale Syriuszu, mój ty kociaku... - Oczywiście w tym momencie Potter parsknął ze śmiechu i opluł mnie tym czego sam nie miałem możliwości skosztować. Zacisnąłem palce na widelcu i próbowałem nie wbić go sobie w szyję, co na pewno uwolniło by mnie od tych udręk.
- Chyba miałaś na myśli szczeniaka, albo jakiegoś wilczura. Coś bardziej psowatego byłoby na miejscu. - Rogacz spojrzał na mnie i Amandę zza okularów i posłał w naszym kierunku uśmiech zadowolenia. Dziewczyna zmarszczyła lekko czoło próbując zrozumieć znaczenie słów mojego martwego w niedalekiej przyszłości przyjaciela, ale nie odezwała się.
- Uważaj, bo grabisz sobie w tym momencie i to ostro. - Niemal warknąłem posyłając mu ostrzegawcze spojrzenie. - Jeszcze wiele razy będziesz czegoś ode mnie chciał i wtedy zobaczymy jaki potrafisz być miły i potulny.
- Wybacz, ale to było silniejsze ode mnie, sam rozumiesz. Sytuacja mnie do tego zmusiła.
- Jaka sytuacja?! - Żachnęła się złotooka i w tym momencie poprawiła ostentacyjnie włosy. - Chyba nie masz na myśli mnie? - Uniosła wojowniczo głowę, a jej szczupła szyja jeszcze bardziej się wydłużyła. Pomimo tego, że nie chciałem, ale musiałem przyznać, że zawsze prezentowała się olśniewająco i niestety doskonale była tego świadoma.
- Jeśli dobrze pamiętam – odezwałem się po chwili – stół Ravenclawu jest za nami, więc może zrobiłabyś użytek z nóg i tam poszła zjeść śniadanie. Jeśli w ogóle coś jesz. - Nie chciało mi się nawet na nią patrzeć, ale poczułem że delikatnie się ode mnie odsuwa, a mój talerz został uwolniony od włosów.
- Syriusz, nie musisz być taki niegrzeczny dla Amandy. - Usłyszałem głos Dorcas, która usiadła z drugiej strony. - Nie możesz jej winić za to w jaki sposób oddziałujesz na naszą płeć. - W jej głosie było słychać całkowitą powagę, ale w oczach nie potrafiła ukryć, że głęboko w duchu się ze mnie wyśmiewa. - Sprawiasz, że nogi mamy jak z waty, więc to byłoby wysoce niebezpieczne w takim stanie gdzieś iść. Pretensje możesz mieć tylko i wyłącznie do siebie i do własnego uroku.
- W końcu ktoś rozumie co tu się dzieje. - Powiedziała pełna przekonania Rickett, a jej paznokcie boleśnie wbiły się w mój przegub. Nachyliłem się nad stołem i wziąłem do wolnej ręki tyle tostów ile byłem w stanie zabrać. Gwałtownie wstałem zupełnie nie martwiąc się o brak delikatności z mojej strony w stosunku do blondynki.
- Zobaczymy się na zajęciach. - Mruknąłem i ruszyłem w stronę wyjścia. W drzwiach do Wielkiej Sali minąłem Remusa, który przyglądał mi się badawczo. Na pewno był zdziwiony moim zachowaniem. W końcu niecodziennie Syriusz Black opuszcza najważniejszy posiłek dnia zadowalając się kilkoma marnymi kromkami chleba.
- Cześć. - Odezwał się zaniepokojony. - Już po śniadaniu?
- Jak widać w trakcie. - Warknąłem i pomachałem mu przed nosem tym co musiało mi wystarczyć do obiadu.
- Czy coś się stało? Znowu nie możesz dogadać się z Jamesem co do taktyki? Czy może ma to związek z tą interesującą blondynką z pociągu? - Posłałem na niego zaskoczone spojrzenie. Byłem zdziwiony niezwykłą trafnością jego diagnozy odnośnie mojej ucieczki. Nie musiałem długo czekać na wyjaśnienia, ponieważ po chwili dodał co go naprowadziło na ten trop. - Bo właśnie zmierza w naszą stronę. - Powiedział z głupim uśmieszkiem na twarzy.
- W takim razie znasz już odpowiedź na swoje idiotyczne pytania. - Odpowiedziałem, ku mojemu zdziwieniu z przestrachem. - Znikam zanim chodzące diabelskie sidła mnie dopadną. - Skręciłem w  korytarz i pognałem przed siebie, aby jak najszybciej znaleźć się na drugim piętrze. Ujrzałem mój ukochany posąg, którego tajemnicę znaliśmy tylko my, Huncwoci. Ukryte przejście do wieży Gryffindoru było dla mnie prawdziwym wybawieniem. Udałem się do swojego dormitorium i naszykowałem na zajęcia, ale zanim odważyłem się opuścić moją bezpieczną przystań skorzystałem z naszej cudownej mapy, którą we czwórkę stworzyliśmy w zeszłym roku.
- Przysięgam uroczyście, że knuję coś niedobrego. - Po chwili moim oczom ukazał się plan Hogwartu. Odszukałem imię Amandy i sprawdziłem, w którą stronę się kieruje. Odetchnąłem z ulgą, gdy okazało się, że idzie korytarzem prowadzącym na zajęcia z zielarstwa. Jak nigdy ucieszyłem się na historię magii i wesoło opuściłem Pokój Wspólny.

***

  Nie nacieszyłem się zbyt długo najmniej interesującym przedmiotem jaki może istnieć, ponieważ profesor bardzo postarał się o to, aby wszystkim zepsuć humor. Zaczynając od nudnego i ciągnącego się w nieskończoność wywodu o buncie trolli, skrzatów domowych, a może jednak goblinów, zresztą jest to mało istotne, a kończąc na egzaminach końcowych. Przy okazji nieco się zagalopował ponieważ zaczął marudzić o owutemach. Na samą myśl o testach, które będą za niecałe dwa lata, prychnąłem z niezadowoleniem. Tym się będę przejmował dopiero, gdy będę na siódmym roku, ale prawdopodobnie do tego czasu zamorduję Pottera i skończę w Azkabanie.
  Zdezorientowany gwałtownie uniosłem głowę szukając źródła papierowych kulek, które były praktycznie wszędzie. Po chwili usłyszałem doskonale znany mi śmiech i wszystko stało się oczywiste. Na przeciwko mnie, na ławce siedział Potter z Peterem, którym załączył się tryb głupawki. Rozejrzałem się po klasie, ale nikogo oprócz nas nie było. Gdy dotarło do mnie, że zajęcia się skończyły, poczułem w ustach specyficzny smak pergaminu. Idioci, przemknęło mi przez myśli i zgromiłem przyjaciół wzrokiem.
- Pogięło was? - Jęknąłem niezadowolony strzepując z włosów pozostałe dzieło chłopaków. - Lekcja dawno się skończyła?
- Może jakieś dziesięć albo piętnaście minut temu... - Odezwał się okularnik i rzucił we mnie kolejną kulką. - Remus musiał iść pełnić odpowiedzialną rolę prefekta, a my z Peterem nie mieliśmy serca cię budzić. Nawet nie wiesz jak uroczo chrapiesz, gdy śpisz.
- Zaczęło nam się trochę nudzić, a poza tym James zaczął narzekać, że nie może zobaczyć jego słodkiej Lily. - Peter sparodiował ton głosu Pottera, a ja nie mogłem się nie zaśmiać słysząc całkiem imponującą wersję naszego szukającego.
- Ej! Ja wcale tak nie mówię! - Zaperzył się ciemnowłosy.
- Stary, nie wierzę że się dla mnie tak poświęciłeś. Biedna Lily musiała sobie poradzić bez twojego narzucana się. Jestem pewien, że chodzi po szkole zdruzgotana i każdej napotkanej osobie daje porządną reprymendę za całokształt istnienia. Jak mogłeś jej to zrobić? Jesteś bezdusznym człowiekiem. - Spojrzałem na przyjaciela i mój śmiech przerodził się niemalże w rechot. James łypał na mnie obrażony spod okularów.
- Zbieraj się Black. Przez twoje spanie przepadło nam już wystarczająco dużo przerwy. Teraz muszę iść i nadrobić stracony czas z moją rudowłosą pięknością.
  Gdy przemierzałem razem z chłopakami kolejne korytarze Hogwartu, nie mogłem ukryć samozadowolenia na widok dziewczyn, które gdy mnie zauważały, wzdychały i tęsknie za mną spoglądały. Uśmiechałem się zawadiacko w ich kierunku i mrugałem zachęcająco do niektórych, zwłaszcza do tych przyjemniejszych dla oka.
  James ze Ślizdogonem zniknęli za zakrętem, ale i tak usłyszałem okrzyk zachwytu przyjaciela, gdy ten zapewne zobaczył Lily Evans.
- Black, możesz już przestać puszyć się jak paw. - Usłyszałem zgryźliwy komentarz skierowany do mojej jakże skromnej osoby. Odwróciłem się do dziewczyny, która siedziała na parapecie i beztrosko wymachiwała nogami. Po chwili Dorscas delikatnie zeskoczyła i podeszła do mnie przy okazji zbierając książki, które wcześniej leżały tuż obok niej. - Nie ma potrzeby, abyś mieszał tym biednym dziewczynom w głowach. - Prychnąłem na te słowa.
- Kto powiedział, że mieszam im w głowach? Niczego im nie obiecuję, a to że nie mogą ode mnie oderwać wzroku to już nie moja wina. Rano wspólnie ustaliliśmy, po prostu zostałem obdarzony niesamowitym urokiem, któremu nie można się oprzeć. - Spojrzałem jej głęboko w oczy i znacząco uniosłem jedną brew.
- Ty tak na poważnie? - Westchnęła ciężko ciemnowłosa. - Mi jeszcze nie zdążyłeś wywlec mózgu na lewą stronę.
- Jeszcze? - Zaśmiałem się i posłałem dziewczynie szeroki uśmiech. - Czyli jednak!
- Nie wyobrażaj sobie zbyt wiele, Black. - Meadows przycisnęła książki mocniej do piersi i schowała twarz za kurtyną długich, gęstych włosów. Dałbym sobie głowę uciąć, że jej policzki nagle przybrały bardziej intensywny odcień różowego. Przyspieszyła kroku i uparcie na mnie nie patrzyła. - Powiedz lepiej co słychać u twojej kuli u nogi?
- Co? O co ci chodzi? Jaka kula u nogi? - Zupełnie nie rozumiałem co ma na myśli.
- Amanda? - Powiedziała pytająca, a ja skrzywiłem się na dźwięk tego imienia i niemalże warknąłem. Zmarszczyłem brwi niezadowolony. Wystarczyło wspomnieć o tej nieszczęsnej dziewczynie, aby podnieść mi ciśnienie.
- Prawdę mówiąc, nie specjalnie leży to w kwestii moich zainteresowań. Wystarczy mi, że musiałem ją znosić w poprzednim roku szkolnym, w tym nie mam zamiaru powtórzyć tego błędu.
- Jak się ma ta błyskotka od twojej babci? - Postanowiłem zmienić temat na jakiś zdecydowanie przyjemniejszy. - Wczoraj trochę się jej naszukaliśmy, chociaż nie wykazaliśmy się przy tym zbyt wielkim sprytem. - Zaśmiałem się cicho.
- Bardzo dobrze. - Zadowolona Dorcas pomachała wesoło ręką, a bransoletka cicho zabrzęczała, gdy metalowe zawieszki obijały się o siebie. - Naprawdę sądziłam, że gdzieś przepadła. Jeszcze raz dziękuję ci za pomoc.
  Weszliśmy do klasy z zaklęć, w której pozostali uczniowie już siedzieli i wesoło rozmawiali między sobą. Niebieskooka szeroko się uśmiechnęła i ruszyła w kierunku Evans. Nie musiałem długo szukać Rogacza, jak zawsze usiadł w jednej z ostatnich ławek, ale moją uwagę przyciągnęły dobrze mi znajome czekoladowe włosy, a sekundę później wpatrywały się we mnie o jeszcze bardziej intensywnym odcieniu brązowego ogromne, niemalże sarnie oczy. Przystanąłem jakby mnie ktoś zahipnotyzował, ale drobna postać dziewczyny niemal natychmiast się odwróciła i zaczęła od niechcenia kartkować podręcznik. Blondynka, która siedziała obok niej zaczęła coś szeptać jej na ucho z widocznym podekscytowaniem. Przez chwilę wpatrywałem się w plecy ciemnowłosej i w końcu usiadłem obok Pottera, który ponownie zaczął swoją tyradę o treningach i nowej taktyce. Przed oczami machał mi kolejnymi schematami i szkicami. Nie mogłem się doczekać dnia, w którym odbędzie się nabór do drużyny. Zrezygnowany położyłem głowę na przyjemnie zimnym blacie ławki. Jedyne o czym mogłem myśleć to ciepłe łóżko z miękką poduszką.
  Gwałtownie się podniosłem na dźwięk głosu profesor Flitwicka i odwróciłem głowę w jego kierunku.
- Witam wszystkich szóstoklasistów. Najwyższy czas wziąć się za naukę. Wszystkich nas czeka bardzo pracowity rok.

Eileen

  Po kolejnej dosyć długiej nocy, nieco niewyspana szłam razem z Lexi na zajęcia z zaklęć. Sophie zapodziała się gdzieś zaraz po historii magii, więc zostałyśmy tylko we dwie. Blondynka wesoło trajkotała o wszystkim i o niczym, chociaż wciąż powracała do tematu Włoch, gdzie spędziła praktycznie całe wakacje. Jej starszy brat Archibald otrzymał pracę uzdrowiciela w jednym z największych szpitali na Sycylii, co było niesamowicie genialne, a wręcz oszałamiające. Głęboko w środku miałam nadzieję, że jeśli mi również uda się zostać uzdrowicielem, to będę w tym równie dobra, albo nawet lepsza od pierworodnego potomka państwa McMillan.
  Oczywiście Alexandra wypytała w moim imieniu Archiego o wszystko co wiążę się z owutemami, książkami z których najlepiej się uczyć, a nawet dostałam od niego notatki, które zrobił, gdy sam przygotowywał się do egzaminów. Nie zapomniał jej opowiedzieć o wolontariatach, stażach oraz praktykach. Sporym zaskoczeniem dla mnie było, gdy przyjaciółka oprócz mnóstwa materiałów wręczyła mi listę spisaną przez chłopaka z najciekawszymi placówkami, w których mogłabym zacząć swoją przygodę z uzdrowicielstwem, ale nie wiedziałam co mam myśleć, gdy w jednej z książek znalazłam krótki liścik z jego adresem i dopiskiem, abym czasami odezwała się do niego, a jeśli się zdecyduje, to na następne wakacje spróbuje załatwić mi staż u niego w pracy.
  Dzień, w którym blondynka to wszystko mi dała, był póki co najlepszym od momentu powrotu do Hogwartu, może oprócz kilku skradzionych chwil, które spędzałam z Afrą spacerując wzdłuż granicy Zakazanego Lasu, gdzie obie mogłyśmy nacieszyć się wspólnym towarzystwem i kojącymi dźwiękami wydobywającymi się z wnętrza puszczy.
  Wzięłam głęboki oddech i razem z przyjaciółką przekroczyłyśmy próg sali lekcyjnej, w której było całkiem spokojnie, ponieważ nie wszyscy jeszcze dotarli. Oprócz naszej dwójki na swoich miejscach siedziało kilka osób z Huffelpuffu i Lily Evans, która wręcz z uporem maniaka wpatrywała się w jeden punkt w książce. Oddychała głęboko, a jej policzki i szyję pokrywały czerwone plamy. Lexi spojrzała na mnie zdziwiona, gdy zobaczyła że zmierzam w kierunku Evans, ale nic nie powiedziała. Przyjrzała się dziewczynie i pokiwała głową ze zrozumieniem i zajęła naszą ławkę.
- Cześć. - Odezwałam się nieśmiało. Co prawda zawsze razem pracowałyśmy na eliksirach, ale w czasie przerwy letniej straciłam większość pewności siebie, którą wcześniej posiadałam. - Wyglądasz na dosyć... wzburzoną. Wszystko w porządku? - Rudowłosa oderwała wzrok od czytanego tekstu i spojrzała na mnie zaskoczona, ale niemal natychmiast zdziwienie zmieniło się we współczucie, gdy zorientowała się na kogo patrzy. Trochę mnie to zabolało, ponieważ nikt w szkole nie traktował mnie już tak samo. Wcześniej po prostu nie zwracałam na siebie uwagi, byłam niewidzialna. Byłam tą cichą dziewczyną, kujonką, z którą z niewiadomych przyczyn przyjaźniły się dwie praktycznie najbardziej rozchwytywane Gryfonki w szkole. Nie żebym była jednym ze szkolnych dziwaków i wyrzutków, po prostu częściej byłam dostrzegana przez nauczycieli niż przez uczniów, ale nie przeszkadzało mi to specjalnie. Od teraz byłam tą dziewczyną, której wymordowano rodzinę. Nie miała nikogo, tylko psa. Została sama.
  Starałam się przyzwyczaić do tego jak ludzie na mnie patrzyli, ale było to cholernie trudne. Za każdym razem, gdy zauważyłam że mi się przyglądają, to było jak ukłucie w sam środek serca, które rozchodziło się po całym moim ciele, a do mojego mózgu docierała tylko informacja, że najważniejsze dla mnie osoby leżą kilka metrów pod ziemią na jednym z tych nieciekawych i przygnębiających cmentarzy.
- Och... Tak. Tak. Wszystko okej. Tradycyjnie Potter mi się naprzykrzał. - Po chwili Lily odezwała się cicho i zamknęła leżącą na blacie książkę, a jej zielone oczy uważnie mi się przyglądały. - A jak ty się trzymasz? Słyszałam o tym co się stało w wakacje. Bardzo mi przykro z tego powodu. - Przygryzłam usta nieco przygnębiona. Nie koniecznie był to temat, który chciałam teraz poruszać.
- Jakoś daję radę. - Uśmiechnęłam się do niej niemrawo. - Zawsze mogło być gorzej, prawda? - Westchnęłam nie wiedząc co mogło być gorsze od wymordowania całej rodziny. Moja wyobraźnia nie sięgała aż tak daleko.
- Tak... Chyba tak... - Powiedziała niepewnie. - To bardzo miłe ze strony Hagrida, że zgodził się zająć twoim psem. Na pewno się ze sobą polubili, zwłaszcza że obiło mi się o uszy, że twój czworonóg potrafi całkiem nieźle ocenić charakter człowieka. - Zachichotała cicho, a ja nieco zdezorientowana zmarszczyłam brwi, ale szybko zrozumiałam o co jej chodziło i uśmiechnęłam się na myśl o wydarzeniach z pociągu.
- Nie znam Syriusza Blacka, ale nie będę ukrywać, że jest pierwszą osobą, do której Afra wykazała jakiekolwiek wątpliwości. Nigdy wcześniej nie zareagowała tak gwałtownie. To było bardzo dziwne, zwłaszcza że to był jeden z niewielu momentów, kiedy Syriusz się nie popisywał. Przynajmniej tak mi powiedziały później przyjaciółki, bo prawdę mówiąc wcześniej średnio go kojarzyłam.
- O wilku mowa! - Zaśmiała się zielonooka i pomachała do Dorcas, która stała tuż obok chłopaka.
- Za chwilę zaczną się zajęcia, lepiej pójdę na swoje miejsce. - Powiedziałam nieco speszona i usiadłam obok przyjaciółki, a następnie wyciągnęłam książki z torby.
  Odwróciłam się zaciekawiona, aby przyjrzeć się sławnemu Gryfonowi i ku mojemu przerażeniu, ten z niepokojącym zainteresowaniem przyglądał się mojej osobie. Natychmiast wróciłam do przeglądania podręcznika. Oczywiście cała sytuacja, która trwała zaledwie kilka sekund nie umknęła uwadze blondynki i zaczęła szeptać do mnie podekscytowana.
- Alexandro McMillan, twoja wyobraźnia chyba pognała w nieznane mi rejony. Zwłaszcza, że doskonale wiesz, że mam Bena, a nawet jeśli bym z nim nie chodziła, to z tego co mówiłyście z Sophie o jego podbojach, to mną znudziłby się jeszcze szybciej niż innymi dziewczynami. Doskonale wiesz, że nie jestem ciekawą osobą, a o moim istnieniu dowiedział się tylko z powodu morderczych zapędów Afry. W innym przypadku nawet by na mnie nie spojrzał. Bardzo dobrze znam swoje miejsce i zdecydowanie nie jest ono u boku Blacka.
- Przestałabyś z tym Benem. Prawda jest taka, że jest palantem i samolubnym dupkiem.
- Nie jest! Skąd taki głupi pomysł? - Spojrzałam na nią zszokowana.
- Gdyby choć trochę mu na tobie zależało, to przyjechał by do ciebie w chwili kiedy naprawdę go potrzebowałaś. On tylko napisał kilka marnych listów i miał cię głęboko gdzieś. Myśl i mów co chcesz, ale nie tak zachowuje się ktoś, kto się troszczy o swoją dziewczynę. - Nabrałam powietrza do płuc i posłałam brązowookiej oburzone spojrzenie. - I nawet nie próbuj zaprzeczać, koleś całkowicie cię olał.
- Kto ją olał? - W ławce przed nami z impetem usiadła zziajana i spocona Sophie. Jej jasne włosy wyglądały jakby przed chwilą zsiadła z miotły i przybiegła prosto na zajęcia.
- A jak myślisz? Kto mógłby olać Eileen? - Powiedziała zniesmaczona McMillan i oparła brodę na dłoni.
- Ach... - Jęknęła ze zrozumieniem przyjaciółka. - Całkowicie się zgadzam ze słowami Lexi, nawet tymi których wcześniej nie słyszałam. Nie sądziłam, że Hershey może okazać się jeszcze większym palantem niż był, ale jak widać może. Ludzie potrafią zaskakiwać, niekoniecznie pozytywnie.
- Witam wszystkich szóstoklasistów. - Powiedział pogodnie profesor Flitwick i skierował się w stronę podwyższenia znajdującego się na środku sali. - Najwyższy czas wziąć się za naukę. Wszystkich nas czeka bardzo pracowity rok.

***

  Leżałam wykończona po całym dniu na łóżku. Nie miałam dzisiaj wiele zajęć, ale i tak nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że kiedy nie skupiałam uwagi na tym co się wokół mnie dzieje, ktoś jakimś cudem przepuścił mnie przez maszynkę do mięsa, a następnie odstawił na miejsce. Bolał mnie każdy mięsień i każda kość. Nawet mózg, choć wiem że to niemożliwe. Jednak po głębszych przemyśleniach, uznałam że chyba nie byłam szczęśliwą posiadaczką tego narządu, ponieważ bardzo rzadko filtrował to co mówię. Nie ma co ukrywać, przydałaby mi się ta funkcja, zamiast czasami paplać bez zastanowienia.
  Podniosłam się zrezygnowana i spojrzałam na stos książek, które leżały rozrzucone obok mnie. I jeszcze tyle zadania domowego. Nie wiedziałam od czego zacząć, dlatego też bezwiednie opadłam na miękkie łóżko. Postanowiłam przez chwilę nacieszyć się ciszą, która tak rzadko panowała w dormitorium. Najchętniej poszłabym spać, ale niestety nie mogłam sobie na to pozwolić. Odpoczywać będę po śmierci, pomyślałam z przekąsem.
- Dobra, koniec tego opieprzania się! - Powiedziałam do siebie i zaczęłam szukać swojej torby, do której spakowałam podręcznik z transmutacji i zielarstwa.
     Stwierdziłam, że dobrym pomysłem będzie jeśli odwiedzę Hagrida i wezmę ze sobą Afrę. Była naprawdę bardzo ładna pogoda,więc grzechem byłoby z tego nie skorzystać. Mogłabym odrobić zadanie domowe na świeżym powietrzu, a pies w tym czasie by się wybiegał. Jak dla mnie brzmiało to jak dobry plan, nawet bardzo dobry.
  Nieco podniesiona na duchu żwawo opuściłam wieżę Gryffindoru i udałam się do chatki naszego sympatycznego gajowego.
24 października 2016
Autor:

NICOŚĆ WYPEŁNIONA CISZĄ

"Ta pustka. Nie da się jej opisać. Tylko jej następstwa. Uczepienie się mojego kretyńskiego życia. Bezsilność. Pragnienie przeszłości. Zacząć wszystko od nowa, uniknąć błędów, jakich błędów? Skazany na pustkę? To jest mi pisane. Przeznaczenie. I wszystkie te bzdury. Najmniejszy ruch jest trudny.
Lolita Pille - Hell



Eileen

Siedziałam na łóżku w dormitorium, a w ustach wciąż miałam cudowny smak tych wszystkich potraw, które pojawiły się na uczcie powitalnej. Nie brakowało na niej niczego. Obfitowała ona w szereg rozmaitych dań głównych i deserów, a każdy uczeń zajadał się tymi pysznościami i wesoło gawędził z sąsiadującymi kolegami.
Uczta oczywiście nie mogła odbyć się bez momentami zabawnej, ale przede wszystkim pełnej przesłań i ostrzeżeń przed czyhającymi niebezpieczeństwami pieśni wykonanej przez Tiarę Przydziału, której treść uzupełniło krótkie, acz treściwe przemówienie profesora Dumbledora.
Studenci byli bardzo zadowoleni z faktu, że dyrektor nie mówił zbyt wiele, ale niestety nie zwrócili większej uwagi na jego słowa albo po prostu nie chcieli zrozumieć ich powagi. "Nadchodzą ciemne dni, lecz nie możemy stracić nadziei. Zawsze powinniśmy szukać chociaż cienia, bo to oznacza, że gdzieś jest światło." Te słowa, nie potrafiłam pozbyć się ich z głowy. Czułam ich ciężar całym swoim ciałem i zamiast cieszyć się rozpoczęciem roku szkolnego i z towarzystwa przyjaciół, wracałam do najgorszej chwili mojego życia. Miałam wrażenie jakby  wydarzyła się wczoraj. 
W regularnych odstępach czasu ciepła woda obmywała mi stopy. Słońce przyjemnie ogrzewało mi ramiona, aż czułam jak robi mi się opalenizna. Jak na tak ładną pogodę plaża była wyjątkowo opustoszała, co niezwykle pasowało Afrze, która pełna entuzjazmu i z niezmąconym zapałem przeganiała mewy, które ku jej radości zamiast opuścić plażę, odlatywały na kilka sekund i wracały. Za każdym razem gdy ptaki zniknęły, podbiegała do mnie i upominała się o pieszczoty tylko po to by kolejny raz się ich pozbyć.  
Wsłuchiwałam się w przyjemny dla ucha szelest liści i szum fal, te ciche dźwięki wzajemnie się uzupełniały tworząc swego rodzaju kojącą symfonię. Dawno nie mogłam cieszyć się takim spokojem panującym nad morzem. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to była tylko cisza przed burzą... - Pomyślałam rozgoryczona, a na mojej twarzy pojawił się grymas.
- Eileen? - Usłyszałam głos, który dochodził jakby zza ściany. - Kontaktujesz ze światem zewnętrznym? - Zaśmiała się Sophie i pomachała mi ręką tuż przed oczami. Zamrugałam kilkakrotnie. Miałam wrażenie jakbym przed chwilą się obudziła.
- Yyy... - Zaczęłam dosyć nieprzytomnie i lekko zdezorientowana rozglądałam się po pomieszczeniu. - Coś się stało? 
- Nie, chciałyśmy tylko wiedzieć czy twój plan lekcji jest równie okropny co nasz. - Mruknęła z niezadowoleniem Lexi,  która z niechęcią wpatrywała się w kawałek papirusu i jakby od niechcenia zaginała jego rogi. 
- Prawdę mówiąc nie wiem,  nie zdążyłam się jeszcze przyjrzeć. - Niemal natychmiast sięgnęłam po mój rozkład zajęć. 
- Przyznaj się, gdzie odpłynęłaś? Czyżbyś wciąż miała przed oczami naszego super przystojnego ścigającego. - Przyjaciółka zapytała ruszając w dosyć zabawny sposób brwiami, po chwili odwróciła się i zrobiła to samo w stosunku do Lexi. - Na ten widok, chcąc nie chcąc zaśmiałam się.
- Przestań,  przecież wiesz, że mam Bena. - Powiedziałam z wyrzutem. - Poza tym, dawno już o nim zapomniałam. Znając życie pewnie zasłużył na to niezwykle ciepłe przywitanie Afry. Jestem dziwnie pewna, że razem z Potterem coś przeskrobali.
- Ja jestem zdania, że to jednak o nim myślałaś i wciąż jest ci wstyd, że rano na peronie go nie rozpoznałaś. - McMillan rzuciła niedbale papirus na szafkę nocna i usiadła obok mnie na łóżku, a mi znowu zrobiło się głupio, gdy o tym pomyślałam. 
- I przestań z tym Benem, popatrzeć zawsze możesz i pamiętaj, że dobre dzieło sztuki zawsze, ale to zawsze należy docenić. Przecież to grzech nie zwrócić uwagi na arcydzieło. - Powiedziała pełna przekonania Sophie, której gęste blond loki układały się wręcz idealnie, mogłam jej tego tylko pozazdrościć. Moje włosy były proste, ewentualnie gdy nie dopisywała pogoda lub wilgotność powietrza, wciąż były proste. Nic nie było w stanie sprawić, aby chociaż przez chwilę układały się inaczej.
- W takim razie o czym myślałaś? 
- To jak twój plan zajęć.  - W jednym czasie odezwały się przyjaciółki. 
- Ależ wy mnie napastujecie. - Zaśmiałam się. - Nie myślałam o niczym szczególnym, a mój plan... - Przyjrzałam się uważnie rozpisce. - Wiedziałam, że będę mieć dużo zajęć, ale nie sądziłam że będę miała też tyle okienek. - Pokazałam blondynkom papirus, a Lexi jęknęła niezadowolona. 
- W czasie kiedy ty masz przerwę w poniedziałek i czwartek, ja z Sophie mamy runy.
- Naprawdę? - Odezwałam się rozczarowana. - Za to mamy razem później transmutacje. - Dodałam starając się trochę poprawić humor przyjaciółce.
Nie zdążyłam nic więcej powiedzieć bo do dormitorium weszła Dorcas Meadows wciąż śmiejąc się zapewne z jakiegoś żartu usłyszanego w pokoju wspólnym. 
- Cześć! - Rzuciła wesoło do mnie i do dziewczyn, a my z niemalże równym entuzjazmem jej odpowiedziałyśmy. - Jak wasze wakacje? Czy też były pełne wrażeń? - Zachłysnęłam się powietrzem, a blondynki spojrzały na siebie porozumiewawczo. - Na pewno były równie cudowne jak moje. Najlepsze w życiu... - Podeszła do mojego łóżka i dosiadła się do naszej trójki. - Pojechałam z rodzicami do Hiszpanii, było tak cudownie, że z żalem pojawiłam się na King's Cross. - Dorcas w dalszym ciągu opowiadała jak spędziła chwile wolne od Hogwartu, ale nie potrafiłam skupić się na tym co mówi. Cały czas myślami wracałam do tego okropnego dnia.
Po chwili wstałam i ruszyłam w kierunku drzwi zahaczając o kotarę i potykając się o leżące na podłodze buty. Koleżanki spojrzały na mnie zdziwione, ale nie przejmowałam się tym.
- Eileen, gdzie idziesz? - Odezwała się Sophie, a jej błękitne tęczówki wręcz napastliwie wpatrywały się we mnie. - Jest już dosyć późno, a rano musimy wstać na zajęcia.
- Ja... - Zaczęłam dosyć nieporadnie. Nie wiedziałam w sumie co chciałam powiedzieć. Byłam pewna tylko tego, że muszę wyjść z dormitorium. Nie chciałam słuchać o wspaniałych wakacjach nad morzem, choć bardzo się cieszyłam, że przynajmniej jedna osoba nie miała popsutego wypoczynku i mogła nacieszyć się słońcem, wodą, piaskiem i rodziną. - Za niedługo będę, muszę tylko coś sprawdzić. - Odwróciłam się i zamknęłam za sobą drzwi. Na schodach słyszałam jak czarnowłosa śmieje się razem z Turner i McMillan. Jedyne na co miałam ochotę to rozpłakać się i schować w najciemniejszym i najodleglejszym kącie zamku, tak aby mieć pewność, że nikt mnie nie znajdzie i nie będzie zadawał mi po raz kolejny tych samych pytań.
Starałam się przejść przez pokój wspólny jak najciszej, tak aby nikt nie musiał zwracać na mnie uwagi. Przy kominku siedziała większa grupka osób, które głośno się śmiały i nawzajem się przekrzykiwały opowiadając o wakacyjnych przygodach. Wśród nich był nieszczęsny Syriusz Black, który jak na siebie był dosyć milczący i zamyślony. Co jakiś czas wymieniał się jakimiś uwagami z Potterem. Niespodziewanie odwrócił głowę w moim kierunku, a jego spojrzenie zatrzymało się na mnie przez dłuższą chwilę. Przestraszona szybko odwróciłam wzrok i przyśpieszyłam kroku. W końcu zniknęłam za portretem Grubej Damy. Na korytarzu owiało mnie chłodne powietrze i poczułam jak zaduch panujący w pokoju powoli mnie opuszcza. Mój wzrok stopniowo się przyzwyczajał do panujących wokoło ciemności i w końcu mogłam swobodnie pomyśleć nad tym co właściwie odpieprzam. Kompletnie nie wiedziałam co się ze mną dzieje. Raz byłam wszystkim wdzięczna za okazaną pomoc i cierpliwość, a chwilę później miałam ochotę rzucić w najbliższą osobę Avadą i zacząć wrzeszczeć wniebogłosy, tak aby zedrzeć gardło i wypluć płuca. Może to przyniosłoby mi chociaż częściową ulgę. Byłam tym wszystkim tak bardzo zmęczona. Nie miałam siły na nic. Ogarnęła mnie obezwładniająca rezygnacja.
Nie wiedziałam gdzie się podziać, więc po prostu usiadłam na zimnej posadzce tuż obok obrazu. Zamknęłam oczy i zaczęłam liczyć do dziesięciu jednocześnie biorąc kilka głębszych oddechów. Na korytarzu było tak cicho i spokojnie, wręcz kojąco. Tego zdecydowanie teraz potrzebowałam, otaczająca pustka całkowicie mnie pochłaniała, kawałek po kawałku, a ja czułam się z tym doskonale.

Syriusz

Pomimo tłumu, w którym się znajdowałem i ogłuszającego wręcz gwaru, James co chwilę, w możliwie jak najbardziej dyskretny sposób przekazywał mi najnowsze pomysły odnośnie naszej taktyki. Z zadziwiającą wręcz dokładnością omawiał mi każdy manewr i trick. Chłonąłem każde jego słowo i zastanawiałem się nad tym jak wprowadzić plany w życie. Mieliśmy niestety poważny problem, ponieważ najlepszy obrońca jakiego miał Gryffindor od ostatnich co najmniej pięćdziesięciu lat niestety ukończył szkołę i cwaniak teraz jeździ po świecie razem ze Zjednoczonymi z Puddlemore.
Analizowałem to co mówił Rogacz i następnie przekazywałem swoje uwagi i wątpliwości. Wyprostowałem się i zacząłem rozglądać po pokoju wspólnym by rozluźnić odrobinę mięśnie szyi, nieco nadwyrężone ciągłym pochylaniem się w kierunku przyjaciela. Bezwiednie spojrzałem w najdalszy kąt pomieszczenia i zobaczyłem niewielką postać, która można by rzecz, że się skradała. Po chwili rozpoznałem w drobnej istocie tę dziwną dziewczynę od krwiożerczego psa. Przystanęła na chwilę, jakbym przestraszył ją tym, że w ogóle zauważyłem jej osobę i niemal natychmiast pognała w kierunku wyjścia. Jedyne co byłem w stanie zobaczyć, to znikające za nią jej długie brązowe, wręcz ociekające czekoladą włosy. Ciekawe gdzie się wybierała o tej porze. Nie powiedziałbym, aby to była odpowiednia godzina do myszkowania po zamku, oczywiście nie odnosiło się to do naszej czwórki. Huncwotów nie dotyczyły dziwne i w naszym przekonaniu absurdalne reguły, mieliśmy własne zasady. Ta szkoła w końcu należała do nas. No może w trochę mniejszym stopniu niż do profesora Dumbledora, ale to nie zmienia faktu, że niezmiennie od ostatnich sześciu lat tutaj królowaliśmy.
Właśnie miałem pójść do dormitorium, aby w końcu odetchnąć od tych wszystkich ludzi i nadmiaru emocji, kiedy poczułem na ramieniu coś lekkiego i ciepłego. Tuż przy mnie stała Dorcas Meadows, która uśmiechała się do mnie delikatnie, ale mimo wszystko wyglądała na zmartwioną. Zdjęła dłoń z mojego barku i zaczęła poprawiać włosy.
- Myślałem, że poszłaś już spać. - Stwierdziłem niezbyt odkrywczo i odwróciłem się w jej stronę, aby lepiej przyjrzeć się twarzy dziewczyny. Ciemne, prawie że czarne oczy wpatrywały się we mnie wyrażając niemą prośbę, lecz oprócz tego nie dostrzegłem nic nadzwyczajnego, może miała lekko zaróżowione policzki.
- No tak. - Odparła natychmiast i badawczo rozglądała się po podłodze. - Faktycznie miałam taki zamiar, ale zorientowałam się, że nie mam bransoletki, którą dostałam w prezencie od babci. Jest dla mnie dosyć ważna, więc wolałabym, aby nie uzyskała statusu zgubiona, przepadła z kretesem. - Zaśmiałem się cicho po tych słowach, lecz ona spojrzała na mnie z wyrzutem, więc aby naprawić swój błąd wstałem i również zacząłem przyglądać się dywanowi. 
- Kiedy ostatni raz ją widziałaś na ręce? - Spytałem wytężając wzrok, aby dojrzeć cokolwiek pośród misternych wzorów znajdujących się pod naszymi stopami.
- Yyy... - Zamyśliła się na dłuższą chwilę. - Jestem pewna, że miałam ją jeszcze na uczcie powitalnej ponieważ pokazywałam ją Lily...
- Czyżbym usłyszał imię najpiękniejszej dziewczyny w naszej szkole? - Podekscytowany Potter przerwał czarnowłosej w połowie zdania, nie dokańczając swojej opowieści skierowanej do grupki Gryfonek, jak na moje oko z czwartego roku.
- Tak... - Dorcas odparła niezadowolona i posłała grymas w stronę Jamesa. - Ale nie o nią się teraz rozchodzi, później będę kontynuowała pomaganie w twojej największej życiowej misji. Teraz skupiamy się na mnie i na tym, że zgubiłam cholernie ważną bransoletkę i musimy ją jak najszybciej znaleźć. 
- Obiecujesz, że nie wycofasz się z powierzonej ci misji? - Zapytał z powagą okularnik. - I w końcu uda mi się umówić z Evans?
- Tak, tak. - Jęknęła zniecierpliwiona i rzuciła groźne spojrzenie w kierunku przyjaciela. - Zamiast gadać, pomógłbyś byś nam. - Po chwili nasza trójka chodziła na kolanach po pomieszczeniu i szukała zguby.
- Mogę wiedzieć dlaczego raczkujecie po pokoju wspólnym? - Spojrzałem do góry, a nad nami stał rozbawiony Remus. - Rozumiem, że wszyscy jesteśmy podekscytowani nowym rokiem szkolnym, ale wątpię, aby to był dobry sposób do okazywania radości.
- Ha. Ha. Ha. - Odparł rozdrażniony Potter. - Próbujemy znaleźć jakąś nieszczęsną błyskotkę od Meadows. Jakbyś nie mogła kupić sobie nowej. - Dodał z wyrzutem.
- Dlaczego nie użyjecie Accio? - Na twarzy Lupina pojawił się pobłażliwy uśmiech, a my wstaliśmy zażenowani. - Nie chcę was nakłaniać do niepotrzebnego czarowania, ale nie jesteśmy już w domach i możemy korzystać z różdżek.
- Niezwykle zabawne. - Warknął czarnowłosy i poprawił przekrzywione okulary, które zjeżdżały mu z nosa. - Od kiedy dopisuje ci takie poczucie humoru, co?
- Luniaczku, nie nabijaj się z nas. Powinieneś pielęgnować te niezwykle rzadkie przejawy dobroci, które się w nas pojawiają, a nie wyśmiewać. - Uśmiechnąłem się możliwie najbardziej niewinnie. Trudno było mi ocenić na ile mi się to udało, ponieważ wbrew pozorom to nie była częsta mina występująca w moim repertuarze. - W końcu jesteś prefektem, powinieneś co nieco na ten temat wiedzieć...
- Dobrze, że mi przypomniałeś. Dzisiaj mi przypadł ten nieszczęsny obowiązek wygonienia źródła wszelakich odgłosów i dźwięków nie pozwalających innym spać do dormitoriów. - Zielonooki nagle wydał mi się niezwykle zmęczony, ale zamiast marudzić ruszył pewnym krokiem w stronę hałasujących uczniów.
- Szkoda, że to nie kolej Lily, miałbym doskonały powód... - Potterowi nie dane było dokończyć, ponieważ wtrąciła się Dorcas, która raz po raz sprawdzała czy bransoletka znajduje się na jej szczupłym nadgarstku, lecz niestety z marnym skutkiem.
- By napastować ją i nie dawać jej żyć? - Zapytała ironicznie. - Pamiętaj o jednym z najważniejszych moich warunków, masz zachowywać się jak człowiek, a nie jak nadworny błazen lub jakaś małpa. Bez obrazy dla zwierząt. - Sięgnęła po różdżkę do szaty i szepnęła formułę zaklęcia przywołującego i niemal natychmiast w jej dłoni pojawiła się zguba. - Kąciki jej ust uniosły się z wyraźnym zadowoleniem.
- Potter, pamiętaj co ci mówiłam, inaczej wszystko szlag trafi, więc się ogarnij. - Rzuciła mu groźne spojrzenie i nieznacznie skierowała w niego koniec zaczarowanej gałązki. - Dobranoc Syriuszu. Do jutra. - Posłała mi ciepły uśmiech i odwróciła się na pięcie, po czym zniknęła za zakrętem na schodach, skąd jeszcze przyglądała mi się badawczo. Kiwnąłem na nią głową, a ona przyspieszyła kroku. Czy od dzisiaj wszystkie dziewczyny, na które spojrzę będą przede mną uciekać? Zapytałem się w myślach starając się zrozumieć ich zachowanie.
Wziąłem głęboki oddech i rozejrzałem się po pokoju wspólnym, w którym panował przyjemny półmrok. Większość ludzi zdążyła się już rozejść, co musiało być zasługą Lupina, który zapewne próbował ich łagodnie przekonać do udania się do dormitoriów, ale znając życie to nie poskutkowało, więc sięgnął po bardziej wymowne środki perswazji. Krótko mówiąc nastraszył ich mało przyjemnymi szlabanami.
Przy kominku siedziało kilka Gryfonów z najstarszego rocznika i żywo szeptało między sobą co jakiś czas chichocząc. James poszedł już spać, w końcu chciał z samego rana pójść ze mną na boisko i poćwiczyć kilka nowych manewrów zanim zaprezentuje je drużynie.
Usiadłem na jedynym wolnym fotelu i wpatrywałem się w tańczące płomienie i delektowałem ciepłem, które dawały. W końcu miałem chwilę dla siebie i mogłem w samotności w pełni nacieszyć się faktem, że w końcu wróciłem do domu. Wszystko nareszcie było na swoim miejscu i wszelkie poważniejsze troski odejdą na drugi plan na kilka najbliższych miesięcy. Przynajmniej miałem taką nadzieję. Na chwilę obecną nic innego mi nie pozostawało.
W pomieszczeniu z każdą kolejną sekundą robiło się coraz bardziej cicho i spokojnie. Zniknęli nawet siódmoklasiści, którzy pewnie stwierdzili, że już najwyższa pora na odpoczynek po długim dniu pełnym wrażeń. Ja tylko jak ten ostatni młotek siedziałem z dupą w miejscu i bawiłem się w pieprzonego myśliciela i wielkiego znawcę życia. Brakowało mi tylko ognistej whisky i kogoś kto musiałby wysłuchiwać moich pijackich żali. Musiałem przyznać, że całkiem sprawnie przeszedłem z euforii wywołanej powrotem do Hogwartu, do użalania się nad sobą. I to bez pomocy wcześniej wspomnianego alkoholu. Ależ ja byłem beznadziejny. 
Na moje szczęście w końcu zasnąłem, lecz nie na długo. Obudziło mnie skrzypienie obrazu, po chwili przyzwyczaiłem się do panujących ciemności i dojrzałem dobrze znaną mi brunetkę. Ciekawe skąd wracała o tak późnej porze. Najprościej byłoby po prostu zapytać ją o to, ale nie miałem zamiaru się wychylać. Odniosłem wrażenie, że tylko bym ją spłoszył jak sarnę. Czekając, aż będę mógł wstać i samemu wrócić do dormitorium, z ukrycia odprowadzałem ją wzrokiem do schodów. 

22 września 2016
Autor:

SKĄD DO CHOLERY WZIĄŁ SIĘ TUTAJ PIES?!

Eileen


Wciągałam do płuc ciężkie powietrze przepełnione szczęściem i ekscytacją uczniów Hogwartu wesoło biegających po peronie by odszukać przyjaciół. Ich rodzice stali z uśmiechem na twarzach i pełni dumy co jakiś czas witali się ze znajomymi z dawnych lat, którzy także odprowadzali swoje pociechy na pociąg i czule je żegnali.
Mi oczywiście towarzyszyła Afra, która badawczo obwąchiwała każdy centymetr posadzki i  z zaciekawieniem przysłuchiwała się nowym dźwiękom przebijającym się przez gwar i odgłosy lokomotywy. Oprócz suczki tuż obok mnie stała najlepsza przyjaciółka babci. Irene Adler była starszą czarownicą, której ciemne włosy były poprzetykane siwymi kosmykami dodającymi jej uroku, którego miała aż w nadmiarze. Jej zielone oczy były przepełnione wesołymi ognikami, choć nieco przygaszonymi w ostatnim czasie. Kilka dni temu, tuż po nieciekawej wizycie wuja Roberta, jak to powiedziała wiedziona dziwnym przeczuciem, odwiedziła mnie, aby upewnić się, czy wszystko w porządku. 
Na początku nie byłam przekonana do tego, aby przyjechała tu ze mną, ale jej żywiołowość dodawała mi odwagi, której tak bardzo teraz potrzebowałam. Bez niej prawdopodobnie nawet nie przeszłabym przez barierkę oddzielającą peron dziewiąty od dziesiątego.
- Jeśli mi na to pozwolisz chudzinko... – Irene spojrzała na mnie z troską. - Chciałabym, abyśmy wymieniały między sobą korespondencję. Poczuje się lepiej jeśli będę wiedzieć, że nie masz żadnych problemów, zwłaszcza teraz kiedy czasy są tak niepewne.
- Tyle dla mnie pani zrobiła. - Szepnęłam, a w oczach pojawiły mi się łzy. - To będzie dla mnie czysta przyjemność... - Głos powoli zaczął mi się załamywać. Wcześniej nie chciałam tego przed samą sobą przyznać, ale ta pełna życia staruszka okazała się dla mnie większym wsparciem niż na początku sądziłam. Doskonale wiedziała jak się zachować. Nie była ani trochę nachalna, dała mi dokładnie tyle wolności i przestrzeni ile potrzebowałam, szczerze mówiąc wydaje mi się że nazbyt wiele. - Byłabym bardzo zawiedziona jeśli nie dostałabym od pani żadnego listu. - Ukradkiem starałam się otrzeć kilka zabłąkanych łez z policzka.
Afra nagle zaczęła szczekać na ciemnowłosego chłopaka, który nonszalancko przechadzał się po peronie. Ten rzucił tylko zdziwione spojrzenie w kierunki suni, a jego przyjaciel zaczął się głośno z niego śmiać. Byłam pewna, że ich kojarzę, ale miałam problem aby powiązać ich z jakąś konkretną sytuacją podczas której zapadliby mi w pamięć.
- I co Łapo, swój swego zawsze pozna. - Chłopak w okularach odwrócił się, aby dokładniej przyjrzeć się mojej osobie i zwierzęciu, które zwróciło ich uwagę.
- Jak zrzucę cię z miotły przynajmniej nie będę miał problemu ze znalezieniem nowego towarzystwa. - Oddalili się, więc nie byłam w stanie usłyszeć ich dalszej wymiany zdań.
- Eileen, pamiętaj że dla mnie będzie czystą przyjemnością zaopiekować się psiną. - Irene podrapała Afrę za uchem. - To naprawdę nie będzie żaden problem. - Pokręciłam stanowczo głową.
- Wystarczy, że będziesz doglądać domu, nie chcę abyś z mojego powodu miała jeszcze więcej kłopotów. - Odpowiedziałam. - Poza tym, profesor Dumbledore zgodził się, aby była pod opieką Hagrida. Nie mówię, że u pani byłoby jej źle, ale nie ukrywam że ja czułabym się zdecydowanie lepiej mając ją blisko siebie. Myślę, że wszystko powinno zostać tak jak to omówiłyśmy ostatnio.
- Jeśli dzięki temu będziesz czuła się pewniej, nie będę ci się narzucać. - Pani Adler posłała mi spojrzenie przepełnione troską. - Och! - Cicho krzyknęła. - Zostało kilka minut do odjazdu, więc lepiej pośpiesz się kochanie jeśli chcesz zdążyć, bo pociąg odjedzie bez ciebie. - Przytuliła mnie mocno i żwawym krokiem ruszyła w stronę najbliższego wagonu.

***


- Pies nie jest zwierzęciem dozwolonym w naszej szkole. - Usłyszałam wysoki i pretensjonalny głos, więc niespiesznie się odwróciłam. Moim oczom ukazała się blondynka o nieprzyjemnej twarzy i przewyższająca mnie co najmniej o głowę. Na jej czarnej szacie oprócz symbolu Slytherinu widniała lśniąca odznaka prefekta.
- Jak widać, dla niektórych jest. - Odparłam nieco wyzywającym tonem, co mnie samą zdziwiło. Poczułam jak moje policzki powoli robią się czerwone.
- Jak będziemy już w Hogwarcie, lepiej naszykuj się na natychmiastowe odesłanie tego kundla z powrotem do dziury, w której mieszkasz.
- Witaj Dario, na twoim miejscu lepiej bym zważał na słowa, to że jesteś prefektem nie znaczy, że możesz w taki sposób odzywać się do innych. Zwłaszcza do mojej dziewczyny. - Poczułam jak ciepłe ramię Bena oplata mnie w pasie, a na czole składa mi delikatny pocałunek. - Zachowuj się odpowiednio do pełnionych obowiązków, bo na następnym spotkaniu prefektów przez przypadek może mi się wymsknąć twój stosunek do uczniów.
Nie bardzo wiedziałam jak powinnam się zachować, więc stałam w milczeniu i przyglądałam się wymianie zdań tej dwójki. W końcu nie należy się wtrącać do rodzinnych sprzeczek, choć niestety to ja byłam powodem tej konkretnej.
- Przepraszam, ale powodujecie korek. - Dołączył do nas kolejny prefekt, przez co poczułam się trochę gorsza, bo tylko ja w tym towarzystwie nie mogłam pochwalić się tym osiągnięciem. - Pozostali studenci nie mogą przez was znaleźć miejsc, a myślę że nie tylko my chcielibyśmy usiąść i trochę odsapnąć.
- Witaj Remusie, właśnie się żegnaliśmy z Darią. - Blondyn spojrzał znacząco na swoją kuzynkę. - Chodź Eileen, zaprowadzę cię do przedziału. - Miałam wrażenie jakby ktoś wyrwał mnie z transu. - Blokujemy przejście, a twoje bagaże nie należą do najmniejszych. - Ben się cicho zaśmiał i pociągnął mnie za sobą. Złapałam za rączkę kufra i nieco niezdarnie próbowałam ruszyć przed siebie.
- Poczekaj, pomogę ci z tym, przecież płuca wyplujesz od dźwigania tego. - Spojrzałam na niego z ulgą i wdzięcznością. 
- To bardzo miłe z twojej strony. - Uśmiechnęłam się i zawołałam suczkę, która według mnie odrobinę za bardzo interesowała się Lupinem próbującym wrócić do swoich obowiązków. - Afra, zachowuj się. - Pociągnęłam ją za obrożę. - Nie można tak zaczepiać innych. Chodź! Bardzo przepraszam... - Tym razem spojrzałam na bruneta, który zaczął głaskać psa po grzbiecie. - Zazwyczaj jest o wiele grzeczniejsza. Nie mam pojęcia co w nią dzisiaj wstąpiło. - Musiałam użyć trochę więcej siły, aby odciągnąć ją od niego.
- Nic się nie stało. - Odparł. - Zdążyłem już do tego przywyknąć, większość czworonogów tak na mnie reaguje. - Zaśmiał się cicho. - Wybacz, powinienem się przedstawić. Remus Lupin.
- Wiem. - Tym razem to ja zachichotałam. - Jesteśmy na tym samym roku i w tym samym domu. - Wskazałam na emblemat na mojej szacie. - Chłopak trochę się zmieszał i zaczął nerwowo pocierać skroń.
- Wybacz, ale nigdy wcześniej cię nie zauważyłem, nie wiem jak to się stało skoro pewnie mamy razem część zajęć o ile nie większość.
- Nie przejmuj się, w szkole jest dosyć sporo ludzi, a ja jakoś specjalnie nie rzucam się w oczy. - Odparłam starając się sprawiać wrażenie, że nic się nie stało, choć tak naprawdę wiem, że nie powinnam, ale poczułam się trochę dotknięta tym, że moja osoba jest tak mało znacząca.
- Eileen, powinniśmy już iść, wciąż torujemy przejście. - Mój chłopak spojrzał na mnie sugestywnie. - Do zobaczenia później Remusie, nie zapomnij, że zebranie rozpoczyna się o trzynastej trzydzieści.
- Doskonale wiesz, że nigdy się nie spóźniam, w przeciwieństwie do niektórych.
- Cześć. - Pożegnałam się nieśmiało z prefektem.

***



 - Po co brałaś ze sobą psa do szkoły? - Zapytał z lekkim wyrzutem Ben, gdy wkładał moją walizkę na półkę. - Daria miała rację, nie jest to zwierzę, które możemy mieć ze sobą.
- Mam pozwolenie od profesora Dumbledora, więc nie musisz się tym przejmować. - Niemalże mu odwarknęłam. Zaczynały mnie już denerwować pretensje wszystkich o to. - Doskonale wiesz, że tak jakby nie bardzo mam z kim ją zostawić, a jest moją jedyną normalną i żyjącą rodziną, więc wybacz jeśli nie będę za to przepraszać.
- Yhm... No tak. - Ben lekko się speszył. - Przepraszam, nie powinienem tak mówić. To było bardzo nietaktowne z mojej strony. - Usiadł obok mnie i zaczął bawić się kosmykiem moich włosów. - Wybacz mi. - Jak się trzymasz, słodziaku? - Delikatnie pogładził mnie po policzku, a ja poczułam w środku ulgę.
- Nie ukrywam, że bywało lepiej, ale wiesz, była przy mnie Afra i razem chyba całkiem nieźle sobie poradziłyśmy. - Mruknęłam i przybliżyłam się do blondyna dzięki czemu mogłam jeszcze bardziej poczuć ciepło jego ciała. - Brakowało mi ciebie. - Spojrzałam w jego błękitne tęczówki i niemal się w nich rozpłynęłam. Miałam wrażenie jakbym znów wróciła do lepszych czasów kiedy to mogłam całymi dniami siedzieć na plaży i przypatrywać się jak fale regularnie niszczą gładką powierzchnię morza i nie przejmować się niczym.
- Eileen, będę musiał się zbierać. - Odezwał się po chwili Ben i skierował się do wyjścia.
- Tak szybko? Myślałam, że zebranie zaczyna się po trzynastej. - Spytałam zdziwiona i lekko zawiedziona.
- No tak, ale muszę jeszcze sprawdzić porządek na korytarzu, czy przypadkiem pierwszaki czegoś nie przeskrobały. Sama rozumiesz, obowiązki wzywają.
- Wiem, wiem, ale tak dawno się nie widzieliśmy, a przez wakacje prawie ze sobą nie rozmawialiśmy. Wysłałeś do mnie tylko dwa listy. Miałam nadzieję, że teraz spędzimy razem trochę czasu. Mamy wiele do nadrobienia. - Uśmiechnęłam się niepewnie, a chłopak wpatrywał się we mnie bez słowa.
- Przykro mi, ale nie mogę unikać powierzonych mi zadań. Zobaczymy się później. - Wyszedł, a ja ponownie zostałam sama z Afrą.
Sądziłam, że drogę do Hogwartu będę chciała przede wszystkim spędzić w samotności, ale myślami wciąż wracałam do rozmowy z Irene i jak się rozkleiłam. Świadomość, że gdzieś w tym samym pociągu znajdują się moje najbliższe przyjaciółki sprawiła, że miałam potrzebę się z nimi zobaczyć. Zwłaszcza, że po pogrzebie Alexandra i Sophie próbowały mnie przekonać, abym do końca wakacji zamieszkała u jednej z nich, ale nie mogłam się na to zgodzić. Potrzebowałam trochę czasu, aby przemyśleć to w jak popieprzonym miejscu mojego marnego życia się znalazłam. Pomimo moich licznych protestów pewnego dnia obie zjawiły się u mnie w domu i zostały na tydzień lub dłużej. Sama już nie pamiętałam. Nie powiem, że przyjęłam je z otwartymi ramionami, niestety było wręcz przeciwnie. Gdyby mama zobaczyła w jaki sposób przyjęłam gości i jak łatwo zapomniałam o dobrych manierach, prawdopodobnie by mnie wydziedziczyła. Zamiast się obrazić,  przyjaciółki dzielnie znosiły moje nieprzyjemne zachowanie i starały się okazać jak najwięcej wsparcia, a ja nawet im za to nie podziękowałam.
Po raz kolejny dotarło do mnie jak niewdzięczną osobą się okazałam. Zamiast docenić dobro i cierpliwość jaką okazali mi inni, ja myślałam tylko o sobie. Nigdy nie podejrzewałam siebie o taki egoizm, przecież nie tak wychowali mnie rodzice. Najwidoczniej nie potrzebowałam dużo czasu, aby ich zawieść.
Zaczęłam cieszyć się, że tak późno dotarłam na peron dziewięć i trzy czwarte bo nie miałam okazji, aby od razu zobaczyć się z Lexi i Sophie, dzięki czemu oszczędziłam im i sobie mojego marudzenia i wilczego humoru, a tak przynajmniej ten czas spędzony samotnie w przedziale sprawił, że parę rzeczy do mnie dotarło. W końcu. Musiałam jak najszybciej je znaleźć i przeprosić  za to jak beznadziejną i wredną kretynką byłam.
- Afra, wstawaj. - Suczka niechętnie podniosła głowę i spojrzała na mnie mętnym wzrokiem. Najwidoczniej nie była zadowolona z faktu, że przerywam jej sen. - Nie rób takiej miny, mamy ważną rzecz do zrobienia. Koniecznie musimy zobaczyć się z dziewczynami.

Syriusz


Remus poszedł na spotkanie prefektów, Peter wolał zajadać się czekoladowymi żabami na zmianę z fasolkami wszystkich smaków, a mi z Jamesem cholernie się nudziło. Jak powszechnie było wiadome, na nudę najlepsze jest podrzucenie kilku łajnobomb Ślizgonom. Może nie jest to zbyt wyrafinowany kawał z naszej strony, ale efekt był zawsze gwarantowany.
Wbiegliśmy do pierwszego otwartego przedziału by ratować się przed kilkoma ścigającymi nas uczniami Slytherinu. Nagle poczułem jak uderzam o podłogę. Na mojej piersi stał ogromny płowy pies. Niestety był niezwykle pewny swego uzębienia i bezwstydnie się nim chwalił. Miałem wrażenie, że jeszcze kilka sekund, a jego kły byłyby zanurzone w mojej szyi. Po chwili poczułem jak przygniatający ciężar znika z mojej klatki piersiowej i znów mogę swobodnie oddychać. Gdy już wstałem zobaczyłem jak drobna brunetka o połowę mniejsza od tej bestii co mnie prawie zabiła siłuje się z nią i uspokaja, a jej koleżanki przyglądają mi się z przerażeniem, a James jak przystało na prawdziwego przyjaciela siedział w kącie i prawie płakał ze śmiechu.
- Skąd do cholery wziął się tutaj pies?! - Krzyknąłem poddenerwowany wciąż mając wizję całego mojego życia przed oczami. - Wolno nam mieć tutaj psy? - Miałem wrażenie, że serce zaraz mi eksploduje.
- Afra! Spokój! - Dziewczyna w cichy, acz stanowczy sposób przywracała czworonoga do porządku. - Bardzo mi głupio z powodu tego co się stało. - Odezwała się lekko zakłopotana, a jej praktycznie czekoladowe tęczówki wpatrywały się we mnie przepraszająco. Dawno nie widziałem oczu tak bardzo przepełnionych smutkiem i nadzieją, a może właściwie jej całkowitym brakiem, aż zrobiło mi się głupio, że miałem do niej jakiekolwiek pretensje o całe zajście. - Mam nadzieję, że nic ci się nie stało...
- Dzisiaj najwyraźniej nie mam szczęścia do psów. - Mruknąłem wciąż oszołomiony sytuacją. - Rano na peronie przed odjazdem pociągu zostałem obszczekany przez jakiegoś innego psa i również nie okazano mi żadnego wsparcia. - Spojrzałem z wyrzutem na Rogacza, który się prawie zapowietrzył od wstrzymania kolejnego wybuchu śmiechu. 
- Och... - Policzki dziewczyny zaczęły powoli przybierać kolor purpury, a oczy osiągnęły wielkość galeonów. - Jestem niemal pewna, że wtedy to również był mój pies. 
- W takim razie najwyraźniej mam pecha tylko do twojego... - Starałem uśmiechnąć się pokrzepiająco, ale na ile mi się to udało, nie miałem pojęcia. Za każdym razem gdy trochę dłużej zawiesiłem na niej wzrok miałem ochotę ją przepraszać za to co się wydarzyło przed kilkoma minutami.
- Nie tylko ty, Afra wykazała ponadprzeciętne zainteresowanie także naszym prefektem, ale muszę przyznać że w stosunku do twojej osoby jest wyjątkowo, jakby to powiedzieć... - Przez chwilę  zamilkła szukając odpowiedniego słowa. - Nadpobudliwa. Jest to bardzo dziwne, bo możesz mi wierzyć lub nie, ale to najłagodniejszy pies jakiego znam. 
- Wiesz co Syriuszu, zgadzam się z tym stwierdzeniem. - Odwróciłem głowę w stronę przyjaciela w najlepsze bawiącym się ze zwierzęciem, które pozwalało robić ze sobą wszystko. - I może się powtórzę, ale swój pozna swego, czyż nie? - Suczka zawtórowała  szczekaniem głośno śmiejącemu się chłopakowi. 
- Czekaj, co powiedziałaś? Afra, tak? - Spojrzałem pytająco najpierw na jej koleżanki, aby upewnić się, czy nie przekręciłem imienia. Obie były blondynkami, lecz jedna miała niebieskie, a druga piwne oczy, przez cały czas siedziały jak spetryfikowane i wpatrywały się z zainteresowaniem na zmianę we mnie, Jamesa i drobną brunetkę, której długie włosy miękko opadały na ramiona.
Dziewczyny pokiwały zgodnie głowami w odpowiedzi na zadane przeze mnie pytanie i zaczęły konspiracyjnie coś szeptać między sobą. - Więc ten zwierzak, który w przedziwny sposób okazuje uczucia, zainteresował się także naszym prefektem, a którym jeśli mogę wiedzieć? - Całe towarzystwo spojrzało na mnie jakbym oszalał lub spotkało mnie coś równie ciekawego.
- Nie jest to żadna tajemnica, miałam na myśli Remusa Lupina. - W tym momencie zacząłem śmiać i nie zdziwiłbym się gdyby wszyscy teraz pomyśleli, że naprawdę zwariowałem. To było bardziej niż oczywiste, że ten nieszczęsny pies wykazywał nami niezdrowe zainteresowanie. Przeklęty James miał rację.
- Masz cholernie mądrego psa, wiesz? - Spojrzałem w kierunku olbrzyma z niewielką dozą podziwu. - Dobra, Potter czas się zbierać. Zaczynasz nawiązywać zbyt duże porozumienie z tą bestią i jeśli Evans cudem zmieni zdanie, stwierdzi, że jesteś zajęty i nie będziesz miał już u niej żadnych szans. - Ruszyłem w kierunku wyjścia, ale zdałem sobie sprawę, że kompletnie nie miałem pojęcia z kim rozmawiałem. Jej znajome kojarzyłem, ale jeśli chodzi o nią, w mojej głowie panowała pustka. - Właśnie się zorientowałem, że zupełnie nie mam pojęcia kim jesteś. - Spojrzałem na nią wyczekująco.
- Ty również się nie przedstawiłeś. - Odpowiedziała. Czyżby próbowała być zadziorna? Czy wyobraźnia płatała mi figle?
- To niesprawiedliwe, jestem pewien, że wiesz kim jestem. - Odparłem  z wyrzutem. 
- Nie mam zamiaru być niegrzeczna, ale przez ostatnie kilka lat ta wiedza nie była ci niezbędna, więc myślę że to może pozostać moją słodką tajemnicą. - Patrzyła na mnie z prawie, że niewidocznym uśmiechem i przytrzymywała suczkę za obrożę tak mocno, aż jej delikatne knykcie pobielały. Odniosłem wrażenie, że wystarczy jeden gwałtowniejszy ruch psa, a brunetka będzie miała kilka połamanych kości w dłoni.  
Cóż,  było po niej widać, że nie miała zamiaru mi tego powiedzieć, a Lexi razem z Sophie nie garnęły się do wyręczenia jej. Chyba niepotrzebnie nastawiłem się na niezobowiązujący flirt. Muszę wrócić do obiegu, bo w wakacje trochę się rozleniwiłem.
Ostatni raz rozejrzałem się po przedziale i dołączyłem do Rogacza, który czekał na mnie na korytarzu. W trakcie zamykania drzwi usłyszałem podekscytowane głosy jasnowłosych dziewczyn.
- Ej, nie mówiłaś, że to akurat na niego miała rano chrapkę Afra. Jak mogłaś to przed nami zataić. - Po tych słowach nastąpiła dłuższa chwila ciszy.
- Wtedy nawet nie wiedziałam, że to był on. - Odpowiedziała niemal, że obojętnie brunetka. Ała, to zabolało bardziej niż wbijające się w moją pierś ostre pazury jej psa. Jakim cudem mnie nie poznała, przecież każdy, nawet nieszczęsne pierwszaki mnie rozpoznawały. Bylem pieprzoną legendą w Hogwarcie.

***


Postanowiliśmy z Jamesem przez jakiś czas się nie wychylać, dlatego też wróciliśmy do Petera. Zjedzenie czegoś było bardzo dobrą opcją na odreagowanie spotkania trzeciego stopnia z krwiożerczą bestią, która była przecież potulna jak pieprzony baranek.
- I jak bawili się Ślizgoni? - Zapytał Peter z zainteresowaniem. 
- Może nie tak dobrze jak ja, ale zdecydowanie lepiej niż nasz kochany Wąchacz. - Odparł ze śmiechem Potter, a ja spojrzałem na niego spode łba. 
- To znaczy? - Przyglądał nam się z zaciekawieniem i pochłaniał kolejnego pasztecika dyniowego.
- Starając się jak najszybciej ulotnić z miejsca zbrodni wbiegliśmy do pierwszego otwartego przedziału, który się napatoczył i to był wielki błąd ponieważ spojrzałem śmierci w oczy, ale chyba bardziej odpowiednim określeniem byłoby, że spojrzałem w zęby.
- Co znowu zrobiliście, że witaliście się ze śmiercią? - Dołączył do naszego towarzystwa Remus. - Tylko nie mówcie mi, że z waszej winy Ślizgoni muszą pozbywać się łajnobomb. - Lupin posłał nam błagalne spojrzenie. - Naprawdę miałem nadzieję, że to robota pierwszoroczniaków.
- No co?! - Zapeszył się okularnik. - Nie mieliśmy co robić, a to była bardzo dobra opcja, aby wyrwać się rutynie. - Poza tym, gdyby nie nasze urozmaicanie czasu innym, naprawdę mógłbyś to docenić Luniaczku, Syriusz nigdy nie znalazłby swojej drugiej połówki. - Przyjaciel zaczął się ze mnie nabijać.
- Bardzo zabawne. - Warknąłem. - Ciekawe czy mówił byś tak samo, gdyby to twoje gardło dzieliły sekundy od rozszarpania na strzępy. Ta dziewczyna powinna wiedzieć o istnieniu całkiem przydatnego mugolskiego wynalazku jakim jest kaganiec. - Jak nie spoglądałem jej w oczy o wiele łatwiej było mi się na nią denerwować. 
- Chyba wiem o kogo chodzi. - Zaśmiał się cicho Remus. - Bardzo drobna brunetka i pies prawie takich samych rozmiarów jak ona albo i większy? - Pokiwałem niechętnie głową. - Dzisiaj jej zwierzak przyczepił się do mnie i wręcz namiętnie mnie obwąchiwał. Nie mogłem wyjść z podziwu nad tym jak Eileen sobie daje rade z tym przesympatycznym olbrzymem. 
- Mnie prawie zabił ten cholerny kundel, a mi nawet nie raczyła się przedstawić. - Mruknąłem rozgoryczony. 
- Myślałem, że się zapadnę ze wstydu gdy okazało się, że należymy do jednego domu i jesteśmy na tym samym roku. Jako prefekt powinienem lepiej kojarzyć osoby z naszego rocznika, ale na swoją obronę powiem, że była w towarzystwie tego zarozumiałego i napuszonego Krukona, Bena Hersheya. Zawsze wprowadza niepotrzebny zamęt na zebraniach.
- Ona naprawdę jest z Gryffindoru? I jest na tym samym roku co my? - Spytał z niedowierzaniem James.
- Przecież wygląda jakby miała z czternaście lat, Lunatyku, nieładnie tak wkręcać przyjaciół. - Pokiwałem na niego żartobliwie palcem. - Przecież na pewno wcześniej bym ją zauważył.
- Eileen zawsze waży eliksiry z Lily na zajęciach, a mi kilka razy uratowała tyłek na zielarstwie. - Odezwał się niespodziewanie Peter. - I to ona najgłośniej kibicuje naszej drużynie na meczu. 
- Glizdogonie, ale zdajesz sobie sprawę z tego, że właśnie opisujesz trzy różne osoby. I doskonale wiesz o tym, że znam wszystkich z którymi zadaje się moja Evans. - Zaczął niepewnie James. - Owszem, każda z tych dziewczyn ma brązowe włosy, ale żadna z nich nie była tak szczupła, przecież ją mógłby złamać podmuch wiatru.
- Ciekawe jak ty byś wyglądał, gdyby wymordowano ci rodzinę. - Niemalże, że szeptał, a po tych słowach zapadła niezręczna cisza, która przerwałem. 
- Cóż to przynajmniej wyjaśnia skąd w pociągu wziął się pies. - I ten kurewsko smutny wyraz oczu dodałem w myślach.
- Peter... - zaczął lekko zachrypnięty Remus. - Skąd o tym wiesz, przecież nie było nic na ten temat w Proroku, na pewno bym zapamiętał taką okropną wiadomość. 
- Mama opowiadała ojcu któregoś popołudnia po powrocie z pracy. - Niebieskooki jakby od  niechcenia wzruszył ramionami, ale nikt z nas nie zdążył tego skomentować, bo drzwi do przedziału otworzyły się z impetem, a w nich stanęła nieziemska blondynka o oczach, których kolor przypominał płynne złoto. Na jej widok zaschło mi w ustach i najchętniej sam w siebie wycelowałbym jakimś porządnym oszołamiaczem albo Avadą, gdyby tamto nie wystarczyło. Zrobiłbym wszystko byleby z nią nie musieć rozmawiać.
- Witaj Syriuszu,  brakowało mi ciebie przez wakacje. - Przywitała się, a jej głos był równie idealny jak jej ciało.
- Żegnaj Amando - powiedziałem przez zęby - tego samego niestety nie mogę powiedzieć o tobie. 
18 września 2016
Autor: Brak komentarzy

POŻEGNANIE Z RODZINĄ

„Jestem jeszcze zakochana resztkami bezsensownej miłości i jest mi tak cholernie smutno teraz, że chcę to komuś powiedzieć. To musi być ktoś zupełnie obcy, kto nie może mnie zranić.”
Janusz Leon Wiśniewski

Eileen

    Stałam na plaży i cieszyłam się ostatnimi chwilami, które miałam spędzić wdychając słone powietrze i ciesząc się z podmuchów wiatru, który nieustannie plątał moje włosy. Ogarnęło mnie dziwne uczucie – gdybym tylko mogła nie ruszyłabym się z miejsca gdzie stoję nawet o milimetr napawając się widokiem spienionych fal i migoczącego morza, ale z drugiej strony jak najszybciej chciałam się znaleźć w pociągu pędzącym do Hogwartu i nie wracać tutaj nigdy więcej. W ostatnim czasie wszystko stało się tak niesamowicie popieprzone, że to aż nieprawdopodobne.
    Usłyszałam szczekanie i odwróciłam głowę w kierunku dźwięku. Afra, ciemno złoty dog niemiecki pokaźnych rozmiarów pilnowała osoby, która stała pod drzwiami do domu babci, poprawka - od półtora miesiąca mojego
      Nie, chyba jednak nie mogę wrócić do szkoły. Nie dam rady nikomu spojrzeć w oczy i nie wiem co zrobię z sunią na czas roku szkolnego. Nie zostawię mojej jedynej rodziny pod opieką zupełnie nieznanych mi osób. Wcześniej zupełnie o tym nie myślałam co się z nią stanie. Może jeśli poproszę w liście dyrektora, aby została pod opieką Hagrida, to się zgodzi. O ile wielki sympatyczny brodacz nie będzie również miał nic przeciwko temu. Jego zwierzęta miałyby dodatkowe towarzystwo.
    Tajemnicza osoba, której się przyglądałam wciąż stała pod drzwiami. Niechętnie więc się ruszyłam, aby dowiedzieć się kto raczył mi przeszkadzać. Dziwnym trafem, w ostatnim czasie nie bardzo miałam ochoty na dodatkowe towarzystwo, choć ono złośliwie się do mnie garnęło.
Podeszłam do Afry i pogłaskałam ją za uchem. Osoba czekająca pod drzwiami stała odwrócona plecami, więc oprócz tego, że miała dosyć pokaźną i muskularną sylwetkę nie mogłam o niej powiedzieć nic więcej.
- Przepraszam. - W końcu się odezwałam lekko zachrypniętym głosem. W przeciągu ostatnich tygodni nie miałam zbyt wielu okazji do mówienia. Moim towarzyszem rozmów stała się suczka. - Czy mogłabym w czymś pomóc? - Nieznajomy odwrócił się i spojrzał mi prosto w oczy. Momentalnie zaschło mi w gardle i byłam jak sparaliżowana. Przede mną stał brat mamy. Widziałam go raz, kilka lat temu podczas świąt Bożego Narodzenia, ale to wspomnienie wydawało się przebijać jak przez mgłę. Ostatnio miałam z nim kontakt tuż po śmierci rodziców i babci, gdy okazało się, że jest moim jedynym żyjącym krewnym. Jedyne co potrzebowałam wiedzieć, to że odciął się od mojej rodziny i znalazł sobie znajomych, którzy podzielali jego dziwne i spaczone przekonania. Zdecydowanie nie chciałam go tutaj. Jego przybycie mogło oznaczać tylko i wyłącznie kłopoty.
- Witaj. Z tego co się orientuję, to chyba ja powinienem pomóc tobie. - Na twarzy mojego wuja pojawił się cyniczny uśmieszek. - Nie zaprosisz do środka na herbatę? - Zapytał dokładnie lustrując mnie wzrokiem. - Dochodzi już siedemnasta. - Postukał palcem w tarczę zegarka na jego nadgarstku.
- Nie, raczej nie. - Odpowiedziałam i przybliżyłam się do Afry. - I prawdę mówiąc wątpię, abyś mógł mi w jakikolwiek sposób pomóc. Pogrzeb rodziców i babci odbył się ponad miesiąc temu, więc jak sam widzisz, ze wszystkim dałam sobie radę. O ile pamięć mnie nie myli, nie pojawiłeś się na uroczystości. - Rzuciłam w jego kierunku wyzywające spojrzenie, choć w środku byłam cholernie przestraszona. - Z tego co pamiętam, to wszelkie sprawy związane z testamentem i opieką nade mną zostały już omówione, dlatego też nie rozumiem co cię tu sprowadza. - Odwróciłam się w kierunku drzwi nawet na niego nie spoglądając. Afra i on ruszyli za mną, dlatego też zatrzymałam się i ponownie spojrzałam mu prosto w oczy.
- Nie przypominam sobie, abym zapraszała cię do środka. - Miałam ochotę rzucić w niego jakimś nieprzyjemnym zaklęciem albo w bardziej tradycyjny sposób nie wymagający magii, po prostu dać z pięści w twarz. Jednak zamiast tego wzięłam głęboki oddech. Wujek stał dokładnie w tym samym miejscu co przed chwilą, zupełnie nie przejmując się tym co powiedziałam, tylko przyglądał mi się z wyższością.
- Chyba jednak zapraszałaś. Musimy uzgodnić jak dostaniesz się na dworzec i kto będzie zajmował się domem i psem - rzucił pogardliwe spojrzenie na mojego pupila - na czas roku szkolnego. Przecież ktoś musi doglądać posiadłości.
Zacisnęłam mocno usta i przez zaciśnięte zęby odpowiedziałam.
- Wuju, nie musisz się tym martwić, jeśli dobrze pamiętam, dom należy do mnie, więc to chyba mój problem. Podobnie się ma kwestia mojej edukacji i psa. Nic. Ci. Do. Tego. 
- Wydaje mi się, że omijasz kilka drobnych, wręcz nieznacznych szczegółów. - Ostatnie słowa wypowiadał bardzo powoli. - Nie jesteś pełnoletnia, więc dom w świetle prawa jeszcze do ciebie nie należy. - Czułam jak moje policzki robią się czerwone, a knykcie zaczynają robić się białe.
- Zostało tylko sześć miesięcy. - Niemal wysyczałam, a po chwili już spokojniejszym głosem dodałam. - To musi boleć, skoro nie zobaczysz ani galeona z rodzinnego majątku, co? - Dla odmiany tym razem twarz wujka przybrała kolor purpury. Otworzyłam drzwi do domu i niemal natychmiast do środka wbiegła Afra, ale nie skierowała się jak zazwyczaj do swojego posłania, tylko usiadła obok mnie szczerząc zęby. 
- Byłabym wdzięczna, gdybyś opuścił teren mojego domu. - Wzięłam głębszy oddech. - I z łaski swojej, nie pokazuj się tu więcej. - Po tych słowach w dosyć niegrzeczny sposób trzasnęłam mu drzwiami przed nosem. Oparłam się plecami o ścianę w przedpokoju i wciąż czułam jak moje policzki są czerwone z gorąca, a ręce trzęsą się ze zdenerwowania.
- Co za bezczelny typ. - Szepnęłam do suni, która leżała pod drzwiami na chłodnych kafelkach i obserwował mnie jednym okiem.
Miałam wrażenie, że stoję tak od co najmniej godziny lub dłużej, lecz z letargu wytrąciło mnie ciche pukanie do drzwi, więc mogłam być pewna jednego – nie będzie to wuj Robert, on zdecydowanie użyłby o wiele więcej siły do tej prostej i niewinnej czynności.

Syriusz

Wrzucałem do kufra wszystkie moje rzeczy, które miałem pod ręką. Nie starałem się nawet ich składać. Chciałem po prostu jak najszybciej być spakowany i w jak najkrótszym czasie znaleźć się możliwie najdalej od domu. Spojrzałem na stos książek leżących na biurku i jednym gestem ręki zsunąłęm je do walizki. Gorączkowo rozejrzałem się po pokoju i wziąłem do ręki swoją miotłę i zacząłem do niej przywiązywać bagaż. Wyciągnąłem lusterko dwukierunkowe i cicho wypowiedziałem imię przyjaciela, a po chwili ujrzałem jego twarz.
- Cześć, co słychać? - Usłyszałem wesoły głos okularnika.
- Ciszej! - Szepnąłem poddenerwowany. - Jeszcze ktoś cię usłyszy. James, jest sprawa. Wynoszę się z tego cholernego gniazda żmij. Wsiadam na miotłę i nigdy więcej mnie tu nie zobaczą. - Usłyszałem huk i głośne krzyki mojej matki, a chwilę później ciężkie kroki na schodach. Nie miałem czasu, aby zastanawiać się o co tym razem poszło. - Dobra stary, muszę stąd spieprzać. Teraz albo nigdy. Odezwę się za niedługo. - Schowałem do kieszeni lusterko i otworzyłem na oścież okno. Chwilę później znajdowałem się kilka metrów nad ziemią i cieszyłem się wiatrem we włosach i dopiero co zdobytą wolnością. W oddali słyszałem głosy przekrzykujących się rodziców, a ja tylko potrafiłem się śmiać.
Kilka godzin później siedziałem na ławce w parku niewielkiej mieściny, a ludzie którzy przechodzili obok posyłali mi ukradkowe spojrzenia. Bawiłem się lusterkiem kiedy nagle zobaczyłem w nim Jamesa, przyglądającego mi się badawczo.
- Łapa, mów gdzie jesteś. - Rozejrzałem się po okolicy i z powrotem spojrzałem w lustro. 
- W jakimś parku, nie bardzo wiem gdzie. Małe miasteczko, Cranleigh czy jakoś tak. Dwie może trzy godziny drogi od Londynu.
- Przestań się wygłupiać i przyleć do mnie. Moi rodzice już się zgodzili, abyś się do nas przeniósł, więc rusz ten swój zapchlony tyłek zamiast siedzieć w jakiejś dziurze. - Westchnąłem cicho i spojrzałem na bruneta.
- Nie wiem czy to dobry pomysł, nie mam zamiaru zwalać się tobie i twoim rodzicom na głowę. Chyba wrócę do Londynu.
- I co masz zamiar tam robić? Przecież nie wrócisz do domu... - Okulary zsunęły się z nosa przyjaciela gdy ten lekko przechylił głowę na bok kręcąc nią z niedowierzaniem.
- Już mówiłem, nie mam zamiaru spędzać więcej tam czasu i wysłuchiwać jakichś dziwnych ideologii, jakby krew miała mieć znaczenie. - Prychnąłem. - Myślałem raczej o tym, aby zatrzymać się w Dziurawym Kotle...
- I co, praktycznie całe wakacje chcesz spędzić w jakimś marnym pokoju nie robiąc nic tylko się nudząc? - Zamknąłem oczy i odchyliłem głowę do tyłu. Może nie do końca przemyślałem kwestię ucieczki z domu, ale jednego byłem pewien, pomimo nowych problemów, ani trochę nie żałuję. - Przestań wzdychać i jęczeć. Za godzinę chcę cię widzieć. Pomyśl o tym, ile będziemy mieć czasu na stworzenie i przećwiczenie razem nowych taktyk. Ślizgoni nie pozbierają się po meczu z nami. - Uśmiechnąłem się delikatnie na tę myśl. James doskonale wiedział jak mną manipulować. - I nie zapominaj o tym jakie dobre placki robi moja mama... - W tym momencie zacząłem się głośno śmiać. 
- Miałeś mnie już przy quidditchu, ale wypieki twojej mamy kupiły mnie na całego.

***

Stałem pod drzwiami domu Rogacza i zastanawiałem się czy zapukać. Ponownie zacząłem mieć wątpliwości czy na pewno dobrze robię zwalając się na głowę Jamesowi i jego rodzicom. Byłem pewien, że mieli własne problemy, a ja nie chciałem być jednym z nich. Rozglądałem się z zainteresowaniem się po okolicy gdy ktoś na mnie wpadł.
- Bardzo przepraszam. - Odwróciłem się w stronę pośrednio poszkodowanej przeze mnie osoby.
- Syriusz! Jak dobrze, że już jesteś! Tylko dlaczego tak późno? Z Fleamontem naprawdę zaczynaliśmy się o ciebie niepokoić. Martwiliśmy się, że miałeś jakiś wypadek. - I nagle poczułem jak czyjeś ramiona oplatają mnie niemal z każdej strony, jeśli w ogóle jest to możliwe.
- Dzień dobry. - Udało mi się powiedzieć na resztkach powietrza znajdujących się w moich płucach.
- Wchodź do środka. Zagotuję wodę na herbatę i przyrządzę coś do jedzenia. Jestem pewna, że jesteś głodny i nie próbuj zaprzeczać. - Odwróciła się do mnie i ciepło uśmiechnęła. - Pójdź na górę, James przygotował dla Ciebie pokój. Nie mógł się doczekać aż przybędziesz. - Mama przyjaciela spojrzała na mnie kolejny raz i cicho westchnęła. W jej oczach, identycznych jak u Rogacza wyraźnie malowała się troska. - Nie powiem, że pochwalam twoją decyzję, ale doskonale rozumiem dlaczego ją podjąłeś. Pamiętaj, że zawsze możesz na nas liczyć, bez względu na wszystko. - Powiedziała po dłuższej chwili poważniejszym tonem i znowu mnie przytuliła. - Uciekaj teraz na górę, zawołam was jak kolacja będzie gotowa. 
Pani Potter skierowała się w stronę kuchni i zostawiła mnie przed schodami. Byłem dosyć skołowany całą sytuacją i postawiłem już stopę na pierwszym stopniu, ale nie potrafiłem tak po prostu odejść.
- Przepraszam... - Odezwałem się lekko zachrypniętym głosem, a ciepłe brązowe oczy skierowały się na mnie. - Bardzo dziękuję. Za wszystko. - Uniosłem niepewnie kąciki ust i poszedłem do pokoju przyjaciela.
16 września 2016
Autor:

Data założenia: 16.09.2016
Tytuł bloga: To co wygląda na koniec, może być nowym początkiem.
Adres bloga: love-cannot-be-compelled.blogspot.com

Fabuła: 

„Jestem jeszcze zakochana resztkami bezsensownej miłości i jest mi tak cholernie smutno teraz, że chcę to komuś powiedzieć. To musi być ktoś zupełnie obcy, kto nie może mnie zranić.”
Janusz Leon Wiśniewski

Eileen Marceau - we wrześniu zaczyna szósty rok nauki w Hogwarcie, jednak nic nie jest już takie samo jak wcześniej. Została sama na świecie - prawie. Jej towarzyszem rozmów stała się suczka Afra, która jest większym wsparciem niż jej chłopak Ben. Oprócz wiernego psa zawsze może liczyć na swoje dwie nieposkromione przyjaciółki, które dzielnie towarzyszą jej w tych trudnych chwilach.
Po wydarzeniach w lipcu musiała nagle dorosnąć i odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości. Myślała, że w jej życiu nic dobrego już nie może się wydarzyć. Jednak pewien wieczór podczas spaceru na skraju Zakazanego Lasu sprawił, że życie zaczęło powoli nabierać sensu i smaku.

Syriusz Black - niezwykle przystojny i popularny, jeden ze sławnych Huncwotów. Ideał każdej dziewczyny w szkole, jednak jego życie jest dalekie od perfekcyjnego.
Trudności w porozumiewaniu się z rodziną sprawiły, że zdecydował się na niezwykle odważny, acz konieczny krok - postanowił uciec z domu. Teraz musi przemyśleć całe swoje życie i podjąć kilka ważnych decyzji związanych ze swoją przyszłością.
Dla niego, tak jak dla Eileen jeden wieczór okaże się niezwykle przełomowy i zmieni całkowicie spojrzenie na to co się wokół niego dzieje.

Czas akcji: przełom lat 1976 i 1977, czyli szósty rok nauki huncwotów w Hogwarcie

~***~

Jeśli jesteś ciekaw/ciekawa jak wyobrażam sobie Eileen, Syriusza i ich przyjaciół, serdecznie zapraszam do odwiedzenia podstrony z bohaterami.
Na chwilę obecną są tylko postacie pierwszoplanowe, ale w niedalekiej przyszłości pojawią się
odpowiednie zakładki z bohaterami drugo- i trzecioplanowymi.

~***~

SZABLON




~***~

Opowiadanie można znaleźć na:












© Design by Agata for WS. Scroller, pattern.